• Wpisów:19
  • Średnio co: 132 dni
  • Ostatni wpis:1 rok temu, 03:17
  • Licznik odwiedzin:3 772 / 2657 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 


Marzenia się spełniają... już mieszkam w swoim rodzinnym mieście Łodzi... Po 25 latach pisania wróciłem, by wyhodować takie kwiatki w ogródku. Czas na nowe życie...Pozdrawiam swoich czytelników z Polski, ale również z Kanady i Stanów Zjednoczonych.
 

 
from a few days to buy ... see website. New wideoclip.
 

 
rom a few days to buy ...see website. New wideoclip.
 

 
http://www.nexto.pl/audiobooki/burzliwe_lata_-_tom_1_p17714.xml

Powieść przygodowa, której akcja rozgrywa się w okresie bitwy pod Grunwaldem.

„Burzliwe lata” to klasyczna powieść historyczna. Przenosi czytelnika na ziemie polskie początku XV wieku. Okres przełomowy w dziejach Polski. W czas panowania króla Władysława Jagiełły.

Od kilkudziesięciu lat na ziemiach polskich Zakon Krzyżacki sieje niepokój. Jego poddani są bezprawnie napadani, grabieni i mordowani. W roku 1404 Problem spiętrzył się do poziomu, który wymaga zdecydowanej interwencji króla.

Książka rozpoczyna się od sejmiku w Krakowie, na którym ma pojawić się sam król. Przybywają tam, po podróży pełnej przygód i starć z Krzyżakami, główni bohaterowie książki - imć Zembrzuski, dowódca oddziału zbrojnych, eskortujących pana Kalesantego herbu Działosza. Pragną postawić przed oblicze Jagiełły, pojmanego jeńca krzyżackiego Zygfryda, by udowodnić, iż to właśnie zakonnicy w białych płaszczach z czarnym krzyżem są sprawcami rozbojów i niepokojów na ziemiach Korony i Litwy.

Tak zaczyna się ta niezwykle ciekawa powieść. Bogata w intrygi, opisy bitew i starć, ale i wciągająca czytelnika wspaniale wplecionymi wątkami miłosnymi i niezwykle plastycznymi opisami przyrody. Znaczącą wartością „Burzliwych lat” jest wierne trzymanie się prawdy historycznej, którą autor pieczołowicie odtwarza na kartach swej książki.

Losy Krzyżaków na ziemiach polskich są znane wszystkim, lecz w odbiorze tej powieści ów fakt nie stanowi żadnej przeszkody. Autor dołożył starań by znany okres w dziejach przedstawić w sposób nietuzinkowy i intrygujący. Czytelnika zachęca niezwykle mistrzowsko dozowana dramaturgia oraz wciągająca, dynamiczna akcja. Wszyscy miłośnicy historii i przygód będą usatysfakcjonowani.

Gdzie zaprowadzi bohaterów książki walka z zakonem krzyżackim, do jakich heroicznych czynów będą zmuszeni by przeciwstawić się podstępom wroga, jakich poświęceń będzie wymagała miłość ojczyzny, honor i wierność? Tego właśnie dowiemy się z kart „Burzliwych lat” Henryka Longina Rogowskiego.
 

 
I wreszcie przyszedł ten dzień, ale przedtem umówiliśmy się, że spotkamy się za dziesięć lat u Tomka w domu.
Pierwszy września był tym dniem, w którym mieliśmy się spotkać, a dom Tomka wydawał się nam miejscem najodpowiedniejszym na ziemi. Już wtedy byliśmy ciekawi rozmów o naszych losach, które miały nadejść. A tu i teraz działo się wiele, bo odbywały się wiece, zebrania i marsze uliczne i niekończące się protesty słyszane w radio i wszędzie. A później spakowany przez matkę siedziałem w pociągu jadącym do stolicy. Spieszyli się rodzice z tym wyjazdem, a ja wiedziałem, co za przyczyna ich ponagla, abym opuścił Gdańsk pośpiesznie. Wreszcie pociąg ruszył i serce zabiło mi mocniej.
Jechałem na spotkanie z tym, co miało spotkać mnie w życiu i nie na spotkanie już z marzeniami, lecz z rzeczywistością, która była przede mną.
 

 
Rozdział I



Był piękny maj, gdy zacząłem pracę, jako czternastoletni chłopak u Państwa Goldman. Pan Goldman miał małą fabryczkę w Łodzi, manufakturę, gdzie wyrabiano przeróżnego rodzaju materiały. Ja zaś zajmowałem się ogrodem państwa Goldman i cieszyłem się bardzo z tej pracy, bowiem w domu naszym była bieda, gdyż ojciec odszedł od nas, a matka podupadała na zdrowiu. Już na drugi dzień w ogrodzie spotkałem Ritę, córkę państwa Goldman i to ona podeszła do mnie – pytając.
- Ojciec cię zatrudnił u nas?
- Tak – odpowiedziałem
- To jestem bardzo rada, bo podobasz mi się – powiedziała z lekkim wstydem, który dostrzegłem na jej twarzy.
- I ty mi się podobasz - odpowiedziałem natychmiast i mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi.
- I ja mam taką nadzieję – powiedziała i pobiegła do pałacyku, który stał w końcu ogrodu.
Ładna dziewczyna – pomyślałem sobie, lecz nawet w myślach nie wierzyłam w to, że ja biedny chłopak mogę często rozmawiać z Ritą. W domu państwa Goldman pracowało więcej osób ze służby, którzy polubili mnie i często w kuchni dostawałem smakowite jedzenie, które ukradkiem pakowałem, by zanieść chorej matce. Martwiłem się o nią, a ona często mi mówiła.
- Synku, jak ci tam jest, czy nie za ciężka to praca dla ciebie?
- Nie mamo - odpowiadałem, lubię ten dom i atmosferę w nim, lecz ni słowem nie wspominałem o Ricie.
I tak mijały lata, lata jakże urocze dla mnie, gdyż zaprzyjaźniłem się z Ritą. A później przyszedł ten nieszczęsny wrzesień i miasto Łódź zamieniło się w Lidtsmanstat. Straciłem pracę, bo Państwo Goldmanowie pośpiesznie opuścili dom, zabierając ze sobą Ritę.
- Może się jeszcze spotkamy Wiktorze – rzekła do mnie na pożegnanie.
- Mam taką nadzieję, choć wiedziałem, że będzie to trudne, ale tak powiedziałem, bo cóż innego mogłem powiedzieć.
Później widywałem żołnierzy niemieckich na ulicach miasta i znów bieda zawitała do naszego domu. Pewnego razu, późnym wieczorem, ktoś zastukał do naszych drzwi.
 

 
Burzliwe Lata

Copyright Henryk Longin Rogowski


Lato rok tysiąc czterysta piąty. Po gościńcu jechała kareta, oznaczona herbem rodu szlacheckiego, na którym widniało poroże jelenia i skrzydło sępa.
Eskortowana była przez imć pana Zembrzuskiego, a celem ich podróży był Kraków, jako że jadący zmierzali na sejmik krakowski. Gościniec zanurzył się w las, a eskorta zdwoiwszy czujność jechała po obu stronach karety. Nie było ich wielu,jednak byli to rycerze wspaniali i w bojach zaprawieni. Jechali leśnym duktem w ciszy, jako, że i kareta ciszej jechała po trakcie równo trawą wyłożonym. Jechali, a oczom ich ukazały się bagna leżące po prawej stronie, z lewej zaś urwisko porośnięte gęsto.
- Doskonała pułapka - pomyślał imć Zembrzuski.
Ledwie pomyślał, a strzała przeszyła jadącego przodem rycerza z eskorty.
Była to zasadzka urządzona przez Krzyżaków, którzy wyjechawszy na drogę ruszyli do ataku. Imć Zembrzuski krzyknął na swoich, a oni przylgnąwszy plecami do karety odpierali ataki knechtów zakonnych, przy czym raz po raz któryś z rycerzy krzyżackich padał na murawę z krzykiem nieludzkim. Dowodzący Krzyżakami widząc przegraną zarządził odwrót i poprowadził resztę oddziału w las będący przed nimi, uciekając w popłochu. Zembrzuski nakazał straty policzyć i oręż pozbierać.
- Dwóch zabitych mamy, mości komendancie, a knechtów zakonnych szesnastu martwych naliczyłem.
- Siadajmy na konie i ruszajmy! - Krzyknął Zembrzuski. Kareta ruszyła duktem wdalszą drogę.
- Cóż jeszcze przytrafi się w drodze - pomyślał Zembrzuski.
Podjechał do karety, coś rozmawiał z jadącymi w niej, po czym pojechał przodem rozglądając się wokoło.
W jakiś czas wynurzyli się z lasu. Oczom ich ukazał się zajazd u Szymona, karczma,
z której korzystali podróżni. Stała ona na skraju dużej osady.
- Zatrzymamy się tutaj, mości Zembrzuski. - Trzeba po bitwie odpocząć, no i wieczerza potrzebna.
Kareta zjechawszy z drogi wjechała na podwórzec gospody, gdzie Szymon w głębokich ukłonach gości znamienitych zapraszał.
Z karety wysiedli dwaj goście. Szlachcic Wołyński, imć pan Kalesanty i siostrzeniec
jego January.
Przemierzywszy schodki weszli do dużej izby zastawionej stołami.
Pod ścianą był bufet. Na nim trzy antałki stały, zapewne z miodem pitnym. Dalej
okienko w ścianie, przez które strawę podawano.
Za nimi do izby wszedł imć pan Zembrzuski z kompanią. Rozsiadłszy się przy stołach czekali. Po drugiej stronie sali wrzało. Przy stołach siedzieli goście i głośną dysputę prowadzili. Wsłuchawszy się w gwar można było zrozumieć, o czym tak prawiono. A temat był gorący, bo o zakonie, który coraz bardziej stawał się bezkarny. A jednak, którego ludzie uciekli w popłochu zobaczywszy karetę i jeźdźców zmierzających w kierunku gospody. Ze sobą mieli rannego, chyba wyższego rangą, bo bardzo o niego
zabiegali. Ranny odziany był w płaszcz biały z krzyżem na plecach, pod którym
widniała duża czerwona plama.
 

 
Strona źródłowa wydawnictwo DSP. Publishing USA - http://dsp.byethost31.com/art/27

Ponieważ wyczytałem, że powieści historyczne mają najwięcej ocen u Państwa postanowiłem, jako autor takich powieści, napisać, choć urywek jednej z nich.
Napisanie jej zabrało mi rok z życia, bo przygotowania pod względem historycznym trwały osiem miesięcy, zaś napisanie jej dalsze cztery, lecz nie żałuję tego czasu, bowiem w jednej z recenzji przeczytałem słowa, to jest Sienkiewicz i coś znacznie więcej.

„- Waść tu był z panienką przed laty, czy się mylę?
- Nie mylisz się mości panno, jeno to już przeszłość. Porozmawiamy później - powiedział i wyjechał na drogę w kierunku Ruszczy.
Znów mijał brzozy, które bieliły się z dala, a kiedy zobaczył z drogi dwa krzywe drzewa, podjechał jeno do nich. Ziemię pod drzewami pokrywały liście, które spadły na nią zeszłej jesieni. Zawrócił konia i jadąc przyglądał się polom, na których nie było krzty śniegu, bowiem zima tego roku łagodną była, a ciepło za dnia zdawało się przeczyć temu, że to ta pora roku jeszcze tu dominuje. Z dala, tak jak kiedyś, dostrzegł klasztor. Jego mury podniszczone działaniem czasu, stały opierając się na ziemi. I dźwięk dzwonów, które teraz się rozległy - usłyszał.
Podjechał pod furtę klasztorną i nie zsiadając z konia pociągnął za sznur z krzyżem i rozległ się odgłos dzwonka.
- Zaraz poproszę matkę przełożoną - posłyszał.
Zsiadł teraz z konia i czekał niecierpliwie, aż furta otwarła się rękoma siostry zakonnej. Stała w niej przełożona, którą Michał znał z tamtych lat, gdy tu w Połańcu bywał i ostatnio, kiedy to przywiózł dar od ciotki dla klasztoru.
- Dobrze, że waść jesteś i Bóg chyba wysłuchał mych modlitw, bom modliła się o to, abyś waść tu zjechał. Jaśnie pani czeka za tobą panie i codziennie mi to mówi. Od zmysłów odchodzi. Mówi nam często, abyśmy poświadczyły, że jej wolą jest, abyś waszmość przejął Połaniec i pałacyk, któremu teraz grozi ruina. Chodźże waść prędko, bo może uspokoisz jaśnie panią.
Michał pośpieszył za matką, która drobiła małymi kroczkami przed nim. W pewnej chwili odwróciła głowę i rzekła.
- Tam, gdzie cię prowadzę panie nie stanęła inna noga niż zakonna, ale dla jaśnie pani zrobię wyjątek, jeno idź panie za mną i nie bacz dokoła.
- Dobrze matko - rzekł Michał z przejęciem.
Wszedł z matką przełożoną do pomieszczenia, gdzie na łożu pod ścianą leżała ciotka. Uniosła jeno głowę i zaraz przełożona ujrzała jej uradowane oczy pełne blasku, nie takie jak codziennie.
- Jeszcze poznaje - rzekła. - Idę, bo nie będę przeszkadzać.
Wyszła cichutko, a Michał pochylił się nad ciotką i po chwili poczuł łzy na swej twarzy. Objął ją rękami i przytulił do siebie. Teraz już łkanie ciche usłyszał.
- Dobrze, że jesteś synku, bo jużem myślała, że nie ujrzę ciebie. - Co teraz robisz, jak toczy się twoje życie?
- Jestem w bojach przy królu - odparł.
- Toś wyróżniony i miło to słyszeć. Nie pomyliłam się, gdy mówiłam Annie, że zajdziesz wysoko. Ty nie wiesz może, ale ją błagałam, by ciebie kochała. Teraz ja odchodzę i dziękuję Bogu, że przed śmiercią pozwolił mi ciebie zobaczyć. Chcę, abyś przejął ziemię należącą do dworu, chcę abyś przejął cały majątek i miał gdzie wrócić, gdy skończy się ta wojna synku. Siostry zaświadczą moją wolę, bo wydziedziczyłam Annę i tego, który jest przy niej, bo nie zasługują na me łaski. Byłeś we dworze i widziałeś, że dwór pusty. Donieśli mi tutaj, że ludzie odeszli razem ze mną z niego. Widzisz, ona nie dbała o to, cośmy z mężem moim z mozołem przez lata budowali.
- Słuchasz mnie synku - powiedziała, gdy zobaczyła, że Michał patrzy w okno.
Patrzył i myślał - co powinien począć. - Czy powiedzieć ciotce o losach Anny i jej męża, o ich zesłaniu przez króla.
- Coś ukrywasz przede mną - rzekła cichym głosem ciotka.
- Nie ukrywam, jeno ważę słowa, by bólu nie przyniosły.
- Mów mi - chcę przed śmiercią wiedzieć wszystko, czy to dobre, czy złe.
Wtedy Michał opowiedział o Annie i jej mężu, a ciotka jeno wzdychała trzymając go za rękę.
- Widzisz - rzekła, gdy skończył. - Tak kończą ci, którzy kpią sobie z życia w uczciwości. Krótka to droga. Jego nie, bo to łotr, lecz ją zrozum i powiedz jej, żem myślała o niej na łożu śmierci. A ty, co masz za sprawy do mnie?
- Wojna, tedy Rzeczpospolita w potrzebie i znów groźba nad nią wisi. Trzeba ułagodzić Elektora i złoto może być potrzebne, aby on wojny z nami zaniechał. Złoto, a może i ziemię trzeba będzie oddać, lecz na tym nie koniec, bo inny wróg zostanie, któremu już na pewno krwi i trudu w walce nie możemy poskąpić. Pojadę z woli króla paktować z Elektorem Fryderykiem Wilhelmem i zdecydowałem w swym sercu oddać to co mam dla tej ziemi i ludzi, gotowych do końca walczyć o nią.
Znów zobaczył w przymkniętych oczach łzy. Leciały one niczym grochy, tedy obtarł je pośpiesznie.
- Nie trzeba płakać - powiedział. - O zgodę jeno proszę.
- To, co ci dałam twoje i ty o tym decydujesz, tak jak i od dnia dzisiejszego dobrami w Połańcu, ale ja ci odradzam, ja stara kobieta u schyłku życia. Pamiętaj, że są bogatsi od ciebie w Rzeczpospolitej i oni dobrą lub złą radą królowi tylko służą.
Zamknęła oczy, westchnęła i odeszła z tego świata. Widział to Michał, jej twarz zmęczoną, a teraz zdawało się, że i szczęśliwą. Pogładził ją po twarzy i głowę na jej piersiach położył. Trwał tak do chwili, gdy zaskrzypiały drzwi i podnosząc głowę ujrzał młodą zakonnicę.
- Wybacz waść - powiedziała cicho. - Przełożona mnie wysłała, abym spytała, czy jaśnie pani czegoś nie trzeba.
Widząc zaś smutne oczy Michała - pośpiesznie dodała.
- To już koniec, to już koniec.
- Tak - odparł Michał. - Odeszła z tego świata.
- Siostrę przełożoną powiadomię - powiedziała młoda zakonnica i niebawem weszła przełożona.
Widząc Michała z głową opuszczoną nad ciotką - rzekła.
- Nie rozpaczaj panie, nie trzeba. Pochowamy ją, my siostry zakonne, zgodnie z jej wolą na miejscu wyznaczonym do pochówku i zadbamy o grób do czasu, gdy waść na dobre zjedziesz do Połańca. Myślę, że nie odrzuciłeś acan, propozycji jaśnie pani?
- Nie odrzuciłem, ale walki jeszcze przed nami, a ja w nich uczestniczę i śmierć często na pola bitewne zagląda, tak często, że nie sposób przyjąć zobowiązań, bo ginąc można nie wywiązać się z danego słowa.
- Tak, rozumiem to doskonale - rzekła przełożona. - Ale, gdy waść dzięki opatrzności Boskiej i modlitwie naszej wyżyjesz - powrócisz? - Ten dom w Połańcu powinien wrócić do świetlności, choćby za dobroć jaśnie pani”.

Napisał: Henryk Rogowski - 25.04.2006 o 02:00
Komentarze - Katarzyna Szydziak 01.10.2010 o 21:45
Gratulacje
Zaledwie od tygodnia wiem o Pana istnieniu i po raz pierwszy w życiu mam kontakt z Pana twórczością w ogóle, a tym bardziej z prozą i powieścią historyczną. Rzadko zdarza mi się spędzać wieczór bez telewizora, ale tak właśnie dzisiaj się stało. Utonęłam, zatopiłam się w tekście pisanym językiem Sienkiewicza i czuje ogromny niedosyt, ponieważ jest go tak mało. Jestem absolutnie przekonana, że gdybym dzisiaj miała tą powieść, nie wypuściłabym książki z rąk aż do jutra. Przypomniałam sobie czasy, kiedy jako uczennica wstawałam w środku nocy i aby nie budzić rodziców, czytałam tomy „Trylogii” tylko przy latarce, siedząc w łazience. Dziękuję Panu za to wspomnienie i jestem absolutnie pewna, że „Kręte drogi” czytałabym z tą sama pasją, tym razem niekoniecznie w łazience. Dziękuję Panu za język płynny i barwny, którego tak bardzo brakuje nam w codziennej polszczyźnie. Raz jeszcze dziękuję i zapewniam, że zrobię wszystko, aby zdobyć tą powieść.

Powieść dostępna www.stronasztuki.pl
  • awatar Henryk L. Rogowski: Zero osób to lubi???? skąd chcecie się uczyć wiedzy???? Pomyślcie dokąd idziemy? Pozdrawiam WAS serdecznie...
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›